Kursy zimowe, Relacje

Zimowe początki w górach wysokich – relacja z kursu turystyki zimowej w Tatrach

Słowo wstępu

Zima w górach wysokich. Jest w niej coś niezwykłego i tajemniczego. Zawsze chciałam spróbować swoich sił w Tatrach o tej porze roku. Nieco zazdrościłam osobom wchodzącym na wysokie szczyty w bajkowej, śnieżnej scenerii. Z tyłu głowy pojawiały się jednak myśli dotyczące lawin, braku przygotowania i podstawowych umiejętności i w ogóle wszystko wskazywało na to, że nie jest to chyba zbyt dobry pomysł.

Po Tatrach chodzimy głównie w sezonie letnim. Zimą przenosimy się w Beskidy. Bo łatwiej, bo wystarczą raczki turystyczne, bo jest względnie bezpiecznie, a z pewnością o wiele bezpieczniej niż w Tatrach. I tak było do momentu kiedy natrafiłam w sieci na ofertę szkoleń oferowanych przez Firmę Trango .

W temacie turystyki zimowej uważamy się za osoby całkowicie początkujące, można powiedzieć zielone ?. Postanowiliśmy więc uzyskać wiedzę od najlepszych biorąc udział w czterodniowym I stopniu kursu zimowej turystyki wysokogórskiej organizowanym w Tatrach. Szybko zadzwoniłam do Jacka (właściciela Firmy), z którym uzgodniliśmy termin 27.12 – 30.12.2018 jako ten, który dla mnie i Wojtka jest najbardziej odpowiedni. 

Drugi dzień Świąt spędzamy na pakowaniu i odpoczynku. Kurs miał odbyć się w otoczeniu schroniska nad Morskim Okiem. Pierwszego dnia kursu na godzinę 8:00 dojechać musieliśmy do centrum Zakopanego (bar FIS), skąd mieliśmy zostać zawiezieni pod samo schronisko, na co Firma miała pozwolenie i gdzie spędzimy 4 dni. 
Dysponowaliśmy jedynie 35 litrowymi plecakami, które służą nam podczas jednodniowych, górskich wypadów. Spakowaliśmy się więc dodatkowo w torbę podróżną. W końcu nie będziemy musieli nic wnosić do schroniska.

Jak na złość, nijak nie zgrywały nam się połączenia komunikacyjne na trasie Tarnów – Kraków – Zakopane. Cała nadzieja więc w naszym samochodzie. Wstajemy po godzinie 3:00, przed 4:00 wyjeżdżamy z domu, a na miejsce docieramy zaraz po godzinie 7:00. Na 4 dni samochód zostawiamy u Jacka, dzięki jego uprzejmości. I tu czeka nas surprice ! Ze względu na niezbyt sprzyjające warunki po polskiej stronie Tatr, kurs odbędzie się na Słowacji w otoczeniu schroniska nad Zielonym Stawem Kieżmarskim. Pomyślicie zapewne, że to świetna wiadomość. Przecież to rewelacyjna miejscówka. Owszem. Niestety wszystko co spakowaliśmy do naszej podróżnej torby, musiało jakimś cudem znaleźć się w lub na naszych (w tym momencie za małych) plecakach, do których przytwierdzić musimy dodatkowo kask, czekan i raki. Ten (przynajmniej) 35 kilogramowy bagaż (na głowę)w blisko 3-godzinnej wędrówce wynieść musieliśmy na plecach do schroniska. Oj będzie bolało.

Dzień 1 – O bolących plecach, nieprzespanej nocy i sztuce hamowania czekanem

Wsiadamy do busa. Jedziemy do centrum Zakopca po pozostałych uczestników kursu. Łącznie jest nas siedmioro nie licząc Jacka.
Po drodze zatrzymujemy się po detektory lawinowe i sondy. Jedziemy na Słowację i żółtym szlakiem z parkingu Kežmarská Biela voda ruszamy do schroniska, do którego docieramy w ciągu 2,5 godziny.

Bagaże na plecy i w drogę. Trzy godzinne podejście do schroniska przed nami.
Podczas podejścia sypie mokry śnieg, a i widoczność pozostawia wiele do życzenia
Schronisko nad Zielonym Stawem Kieżmarskim

W głównym schronisku nie ma miejsc. Nocować będziemy w budynku znajdującym się obok w zbiorowych salach. Tam udajemy się aby rozpakować nasze mega ciężkie plecaki. Bolą mnie plecy. W sumie to prawie ich nie czuje z bólu. Nie jestem przyzwyczajona do noszenia tak dużej ilości rzeczy, bo w góry ruszam zazwyczaj na lekko, na jednodniowe wyprawy. Zabieram zawsze tylko to, co jest i może być niezbędne.  W jednej z sal znajduje się mały piecyk, ogrzewający obydwa pomieszczenia. Na rozwieszonych sznurach suszą się ubrania. Całe stosy ubrań. Ciężko wcisnąć chociażby palec, aby coś jeszcze rozwiesić, co nieco zamokło nam w drodze do schroniska.

Tu śpimy

Zajmujemy dwa materace i układamy na nich swoje rzeczy. W plecaku zostaje termos z gorącą herbatą, coś na ząb, portfele, dokumenty i telefony.  Zakładamy kaski, zabieramy czekany, czołówki i lekkie plecaki i ruszamy w teren na pierwsze lekcje. 

Niezły majdan 😛

Jest przed południem. Czas mamy do godziny 16:00, a dokładnie do zmierzchu. W Tatrach obowiązuje lawinowa 3, więc wyjście w wyższe partie gór jest wykluczone. Śnieg nie nadaje się do założenia raków. Nie ma mrozu. Tego dnia bardziej przydałyby się rakiety śnieżne. Udajemy się na zbocze w niedalekim otoczeniu schroniska.

Podczas pierwszego popołudnia dowiadujemy się podstaw i ćwiczymy w terenie pierwsze umiejętności:

  • jak prawidłowo trzymać i posługiwać się czekanem,
  • hamowania upadku czekanem (dużo czasu poświeciliśmy na trenowanie najgorszego z możliwych upadków kiedy to zjeżdżamy głową w dół. To najtrudniejsze ułożenie ciała do wyhamowania o czym sama się przekonałam) 
  • uczymy się zakładać szlak w głębokim śniegu oraz poruszać się w stromym terenie kiedy raki na wiele się nie zdadzą lub kiedy zdarzyłoby się, że z jakiegoś powodu ich nie mamy.
Instrukcje hamowania czekanem w pozycji „głowa w dół”

Dzień kończymy obiadokolacją. Swoją drogą codziennie mieliśmy niezły wypas. Pierwsze i drugie danie, do tego deser oraz dowolny napój (herbata, kofola lub piwo). I tak przez 4 dni. Piszę oczywiście o jedzeniu. Fajnie, co nie ? 😉 Pierwszy dzień był dla nas lekką rozgrzewką przed kolejnymi. 

Przyszła pora na pierwszą noc, która dla mnie okazała się niestety całkowicie nieprzespaną. Nie przesadzę, jeżeli napiszę, że kilka razy ucięłam sobie krótkie drzemki o ile można to tak nazwać. Śpimy na materacach, we własnych przytaszczonych na plecach śpiworach. Z prawego boku przewracam się na lewy, to znów na plecy. Wszystko mnie gniecie, a pod głową brakuje poduszki. Kilka razy spoglądam na zegarek w telefonie. Dodam, że te 4 dni były prawdziwym odwykiem od Internetu, którego nie mieliśmy. Zasięgu również. Ale to akurat uważam za duży plus :). 

Dzień 2 – Lawinówka pełną parą i pierwsze spotkanie z linami 

Ze śpiworem walczę tak mniej więcej do 5:30. Z wytęsknieniem czekam, aby wstać. O 6:30 zwlekam się z materaca, ubieram i udaję do głównego schroniska na poranną toaletę i śniadanie (podawane od 7:00). Nikogo nie zdziwi fakt, że jestem pierwsza. 

Śniadanie podawane jest w formie szwedzkiego stołu. Do wyboru, do koloru. Parówki na gorąco, szynka, ser, pomidory, ogórki, papryka, płatki, mleko, owoce, czy ciasto i herbaty do woli. Naprawdę pełen wypas. Podstawiona masa pustych termosów zostaje napełniona dodatkowo herbatą przez obsługę kuchni (zabieramy je oczywiście ze sobą w teren).

Przed nami intensywny dzień.

Przed południem odbywamy dokładne szkolenie z ratownictwa lawinowego. Poznajemy i dowiadujemy się wszystkiego, co powinniśmy wiedzieć na temat sprzętu jakim jest sonda i detektor lawinowy używając ich oczywiście w praktyce. 

Detektor lawinowy marki PIEPS
Pierwszy z naszych instruktorów – Oleksandr Kashel 

Kolejno dowiadujemy się o podstawowych metodach przetrwania nocy lub niepogody w górach oraz uczymy się budować jamę śnieżną. Efekty naszej pracy na poniższych zdjęciach ;).

Czułam się niemal jak…. w trumnie. Ale grunt, że zmieściliśmy się obydwoje.

Po południu ruszamy na niewielką skałę, na której uczymy się podstaw asekuracji, podstawowych węzłów i posługiwania się liną. Zjazdy na linie sprawiają nam nie lada frajdę 🙂 A wyglądało to jak na poniższych zdjęciach.

Alex zakłada stanowisko i będzie nas asekurował
Tak to wygląda 😉 
Michał gotowy na podejście
A to już autorka bloga zjeżdżająca na tzw. węźle prusika  😉

Węzły i zjazdy ćwiczymy do późnych godzin wieczornych. Pogoda nam zbytnio nie sprzyja. Warunki przez 3 dni mieliśmy prawdziwie alpejskie. Mocno wiało i waliło po twarzy śniegiem i drobinkami lodu. Zawsze jednak powtarzam, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. I coś w tym jest. Gogle bardzo ułatwiły nam życie. 

Dzień 3 – Bo raki nie gryzą

Trzeciego dnia kursu warunki są na tyle korzystne, że możemy rozpocząć praktykę poruszania się w rakach. Trzyma lekki mróz. Śnieg po nocy jest zmarznięty. Otoczenie schroniska wygląda nieziemsko i bajkowo. Wysokie szczyty pokryte są dużą ilością śniegu. Słońce świeci od samego rana, a niebo (przynajmniej na razie) jest bezchmurne. Widoki są prawdziwie alpejskie.

Sobotni poranek nad Zielonym Stawem Kieżmarskim

Poruszanie się w rakach ćwiczymy najpierw wokół stawu. Następnie udajemy się nieco wyżej, na bardziej zaawansowane lekcje zostawiając w dole schronisko.

Takie widoki mamy na podejściu. W dole zostawiamy schronisko.

Przyszła pora na naukę podchodzenia i schodzenia oraz samoasekuracji czekanem oraz powtórki z hamowania upadków. Głęboki śnieg niestety nie ułatwiał nam zadania. Kolejno uczymy się zakładać stanowiska zjazdowe w śniegu z wykorzystaniem czekana oraz tzw. „grzybka” ze śniegu (mój widoczny na poniższych zdjęciach).

Towarzyszy nam cudowna pogoda i rewelacyjne widoki wokół. Aż chce się żyć :).

A to skromny grzybek mojego autorstwa 😉
Zjazd na grzybku
Wspólna, pamiątkowa fotka

Po południu schodzimy się ogrzać i zjeść do schroniska. Po godzinnej przerwie udajemy się na konkretniejszą skałę niż ostatnio i ćwiczymy zjazdy na asekuracji. Jak to wyglądało zobaczyć możecie na poniższych zdjęciach.

Ostatnie sprawdzenie uprzęży , węzły gotowe i pora w dół
Wojtek w akcji 
A to już ja 😉 Przyznam się, że miałam niezłego pietra przed tym zjazdem…

Zjazdy kończymy o zmierzchu i w świetle czołówek udajemy się na kolację i zasłużony odpoczynek po ciężkim dniu .

Żeby nie było, że tylko napaliliśmy się na góry i nie robimy nic jak tylko doskonalimy nasze umiejętności w turystyce zimowej. Każdego wieczoru jest czas na integrację i miłe spędzenie czasu w świetnym towarzystwie, wśród śpiewu Słowaków w schroniskowej jadalni i barze.  

Ekipa (prawie) w komplecie
Bo przecież węzły można ćwiczyć wszędzie i na wszystkim 🙂

Dzień 4 – Pora pohasać na asekuracji lotnej 

Niedziela. Ostatni dzień kursu i świadomość , że to już dzisiaj trzeba wrócić do domu. Na parkingu mamy zameldować się na godzinę 17:00 gdzie przyjedzie po nas bus, który zabierze nas do Zakopanego. Mamy więc czas do 14:00.

Po śniadaniu ruszamy w wyższe partie gór na ostatnią lekcję z asekuracji lotnej. Dobieramy się w pary i związujemy liną (uczymy się odpowiednich węzłów i pozostałych niezbędnych nam informacji dotyczących poruszania w ten sposób). Po zajęciach teoretycznych przyszła pora na sprawdzenie się w terenie. A wyglądało to mniej więcej tak. 

Pierwsze zmagania z liną 
Skracamy linę
Ktoś prowadzić musi 😉 
Magda i Kuba. Zapatrzeni, zasłuchani 🙂 Pilni uczniowie 🙂 
Tam (jak zwykle na końcu) to ja 🙂 
Przyłapałam Magdę na poprawianiu raków 🙂 Pniemy się do góry.

Na koniec jeszcze jedna lekcja z zakładania stanowisk zjazdowych.

Pozowanie do zdjęcia z okrzykami z dołu : „A może byście nas tak łaskawie asekurowali i opuszczali powoli w dół a nie machali do zdjęcia ? ” . 

Podsumowanie

Jako, że sama wzięłam udział w kursie mogę Wam z czystym sumieniem polecić Agencję Trango1.com. 

Nauczyłam się masy praktycznych i teoretycznych rzeczy, które z pewnością wykorzystam zimą w górach wysokich. Rewelacyjnie wykwalifikowani instruktorzy z międzynarodowymi uprawnieniami, luźna atmosfera, świetni ludzie i prawdziwe wyciszenie w samym centrum Tatr Wysokich. 

Zgłaszając się na kurs za pośrednictwem bloga (pisząc na adres podszczytem@gmail.com) otrzymujecie 100 zł zniżki na każdy ze wskazanych na stronie internetowej termin. Aktualne terminy i ceny znajdziecie TUTAJ.

You may also like...

6 Comments

  1. Ciekawie napisane. Chcę wyrazić uznanie za Twój trud. Mam nadzieję, że będzie więcej takich wpisów 🙂 Gratki. Będę częściej zaglądał.

    1. Dziękuję 🙂 Mam nadzieję, że szybko wrócimy ponownie na szlak i odbędziemy kolejne stopnie kursu turystyki zimowej. Na razie jednak nasza mała kruszynka potrzebuje całego naszego wolnego czasu, który jej musimy poświęcić 🙂 pozdrawiam

  2. Naprawdę dobrze napisane. Wielu autorom wydaje się, że mają rzetelną wiedzę na ten temat, ale niestety tak nie jest. Stąd też moje wielkie zaskoczenie. Chcę wyrazić uznanie za Twoje działania . Koniecznie będę polecał to miejsce i częściej tu zaglądał zeby zobaczyć nowe artykuły.

    1. Bardzo mi miło i dziękuję za motywujący komentarz i słowa. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam 🙂

  3. W trakcie poszukiwania w internecie pożądanych informacji znalazłam ten artykuł. Wielu osobom wydaje się, że posiadają odpowiednią wiedzę na ten temat, ale z przykrością stwierdzam, że tak nie jest. Stąd też moje pozytywne zaskoczenie. Chyba powinienem podziękować za Twoje działania . Niewątpliwie będę rekomendował to miejsce i częściej wpadał by zobaczyć nowe posty.

    1. Witaj ! Bardzo dziękuję za miłe słowa. Za każdym razem jest mi miło kiedy ktoś docenia moją ciężką pracę nad pisaniem bloga. Jeszcze bardziej będzie mi miło jeżeli polecał będziesz moją stronę. Pozdrawiam serdecznie, Edyta 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *