Kondycja w górach – jak to z nią jest naprawdę i czy jest aż tak potrzebna ?

Kondycja w górach – jak to z nią jest naprawdę i czy jest aż tak potrzebna ?

Witajcie,

Dziś kilka słów na temat tego tajemniczego dla wielu słowa jakim jest KONDYCJA.
Publikując kolejne posty (relacje) z górskich wypraw na blogu lub wpisy na FB otrzymujemy komentarze typu: „super, zazdroszczę kondycji”, „świetna kondycja”, „podziwiam”, „wy to musicie mieć kondycję”, ” też bym tak chciał/a ale kondycja raczej mi na to nie pozwoli”. Jak widzicie w większości pojawia się właśnie ta zagadkowa … KONDYCJA. A więc jak to jest z nią tak naprawdę ?
Mogę sobie wyobrazić jak zareaguje na tego typu komentarze osoba początkująca, szukająca jakichś informacji na blogach – chcąca ruszyć swoje cztery litery i spędzić aktywnie czas. Jestem pewna że zniechęca się do trekkingu górskiego czytając takie rzeczy. Ba ! Zniechęca się do jakiejkolwiek aktywności fizycznej !
W głowie takiej osoby kotłują się myśli: Po co mam z siebie robić wariata ?
Przejdę 500 m i dostanę zadyszki a co gorsza kolki, a poza tym to na pewno nie dam sobie rady, bo nie ćwiczę (zazwyczaj dlatego że mi się nie chce! 😉  ). Jeszcze co gorsza będę musiał/a dzwonić po służby ratownicze…”.

OK NO TO O CO WŁAŚCIWIE CHODZI ?

W odniesieniu do powyższego powiem tak… wiele osób jest w błędzie. Owszem, uważam że kondycja jest ważna ale nie jest to zawsze warunek konieczny i niezbędny.
Wszystko zależy od tego na co się nastawiamy, a więc…

PO PIERWSZE…

Nie każde wyjście w góry musi być dla Was hardcorem. Udając się na kilkugodzinną czy nawet całodniową wycieczkę po Beskidach wcale nie potrzebujemy aż takiej kondycji jak się Wam może wydawać. Każdy może wstać z przysłowiowej kanapy i ruszyć na szlak przemierzając łąki, połoniny czy doliny. Ależ zrymowałam ;).
Sądzicie, że Tatry nie dla Was ? Ależ oczywiście, że… dla WAS ! 🙂 Udajcie się na rekreacyjną wycieczkę na Rusinową Polanę, Gęsią Szyję, do Doliny Kościeliskiej, Chochołowkiej, nad Czarny Staw Gąsienicowy, na Nosal, Wielki Kopieniec, Dolinę Pięciu Stawów Polskich, Morskie Oko czy Sarnią Skałę, … jest tyle pięknych i dostępnych dla każdego miejsc w naszych Tatrach że można byłoby je wymieniać i wymieniać.
Żadne z  powyższych miejsc nie jest takim które dla „kanapowca” okazałoby się nie do zdobycia ;).  nawet w klapkach dacie radę, choć przynajmniej jakieś adidaski by się przydały. Nie przesadzajmy zbytnio  ;). Zapewne jakieś schodki czy ścieżkę biegnąca pod górę napotkacie. W końcu będziecie w górach ? Więc na całkowicie płaski teren nie ma co liczyć (to do leniuszków).
Oczywiście jeśli ktoś na co dzień  wiele z ruchem wspólnego nie ma lub nie ma go wcale zapewne po takiej wędrówce będzie miał zakwasy. Ale umówmy się… to przecież normalne. W końcu jest to nieco większy wysiłek dla Waszych mięśni niż zwykle.

PO DRUGIE…

Nie musicie od razu porywać się na tatrzańskie dwutysięczniki jeśli twierdzicie, że to nie na Wasze siły. Kiedyś przyjdzie i na nie czas. Męczące podejścia i duża różnica przewyższeń na szlaku wymaga nieco większej kondycji. Nie mówię, że nie osoby „siedzące” sobie nie poradzą. Owszem, dadzą radę. Wprawdzie co kilka kroków na podejściu będziecie robić przerwy i pić wodę hektolitrami, bo pot będzie Wam lał się po plecach, ale w końcu dotrzecie do upragnionego szczytu.
Przydałoby się zatem przynajmniej wybrać na rower kilka razy przed wypadem w góry czy pójść na dłuższy spacer, najlepiej w zróżnicowanym terenie (ważna jest systematyczność i cykliczność).
A zatem stopniujcie trudności. Zacznijcie od niższych szczytów (choć nie zawsze niższy oznacza łatwiejszy gdyż czasami suma przewyższeń może okazać się większa a szczyt bardziej wymagający kondycyjnie. Warto sprawdzić to podczas planowania trasy).
Systematyczny górski trekking pozwoli Wam z czasem zwiększyć kondycję i wydolność organizmu.

PO TRZECIE…

Jeśli potrzebujecie czegoś więcej niż jednodniowej wędrówki po dolinach i niższych szczytach, a czujecie się na to więcej gotowi to znaczy, że nadszedł czas na kilkudniowy trekking górski i większą eksplorację terenu niż dotychczas.
Oczywiście można się tego podjąć bez wcześniejszego przygotowania (jak ja w zeszłym roku udając się na tygodniowy trekking po Tatrach), ale po co cierpieć na ból nóg, wszystkich mięśni i niemiłosierne zakwasy na drugi dzień, a nie daj Boże naciągnięte ścięgno ?
Chyba każdy wolałby skupić się na podziwianiu kolejnego dnia  pięknych widoków i fotografowaniu zamiast myśleć o bolących mięśniach i męce, jaką przechodzicie stawiając każdy  krok…  :). Z własnego doświadczenia wiem już teraz, że warto się wcześniej przygotować.
Całotygodniowe chodzenie po górach jest dla naszego organizmu czymś… nie normalnym ;). Właśnie tak. Nasze mięśnie nie są przyzwyczajone do takiego wysiłku i w takiej częstotliwości.
Przynajmniej miesiąc lub dwa przed planowanym wyjazdem warto się trochę poruszać.
Mówię tutaj o ruszaniu się systematycznym a nie jeden raz w tygodniu czy miesiącu. Gubi nas ta systematyka… eh :). Najważniejsza jest motywacja, postawienie sobie celów i samozaparcie w dążeniu do ich realizacji.
Na początek warto zacząć jeździć na rowerze, wykonując naprzemiennie marszobiegi. Ważna jest aktywność co najmniej 3 razy w tygodniu.
O planie treningowym na poprawę kondycji (marszobiegi) jakiego podjęłam się ja przeczytacie TUTAJ.
Dodatkowo polecam Wam treningi na poprawę kondycji w domu z Martą z bloga codzienniefit.pl do którego odsyłam TUTAJ, a o których wspomnę podsumowując mój pierwszy miesiąc treningów na blogu niebawem.

PO CZWARTE I OSTATNIE…

I tutaj uwaga zarówno dla tych początkujących jak i już bardziej doświadczonych w temacie. Udając się w góry lepiej jest cały czas utrzymywać w miarę równe ale wolniejsze tempo rzadziej robiąc przerwy (jeśli takowe robimy najlepiej odpoczywać jednak na stojąco, staramy się nie siadać żeby nogi zbytnio się nie rozluźniły bo będzie nam ciężko z powrotem wrócić do marszu). Na pewno nie polecam gnania na zapalenie płuc bo to nie wyścigi i nagród na szczycie nie rozdają, a Wy za moment złapiecie konkretną zadyszkę i częste przerwy będą  nieuniknione.

DODATKOWO ZAZNACZAM, ŻE…

ja również lubię poleniuchować na kanapie, a na co dzień pracuję po 8 godzin za biurkiem, także jak widać nie mam zbytnio dobrych perspektyw do rozwijania kondycji poprzez pracę. Dla chcącego nic trudnego jak to mówią, trzeba się zmotywować do aktywności popołudniowej lub wieczornej w moim przypadku :). Także nie poddawajcie się bez walki :).

OCZYWIŚCIE…

nie musicie sugerować się tym co tutaj napisałam. Każdy wie na ile kondycyjnie może sobie pozwolić i być może ma  swoje metody na poprawę kondycji oraz aktywności fizyczne, które sprawiają mu przyjemność. Każda aktywność fizyczna jest dobra. Ważne żeby zawsze robić to co się lubi. Być może ktoś z Was ma tak dobrą kondycję, że w ogóle nie musi się męczyć w celu jej nabycia. Życzę Wam więc wytrwałości w dążeniu do celu.
Do zobaczenia na szlaku !
E.M.
Comments are closed.
%d bloggers like this: