Relacje, Tatry Polskie, Tatry Zachodnie

TATRY ZACHODNIE: Kasprowy Wierch – nasza pierwsza zimowa tatrzańska wyprawa

 

Każdy kto choć trochę interesuje się górami wie, że Kasprowy Wierch  jest szczytem o wysokości 1987 m n.p.m. położonym w Tatrach Zachodnich na polsko – słowackiej granicy. Większości zapewne kojarzy się on z wysokogórskim obserwatorium meteorologicznym, które się na nim znajduje (i słusznie), ale i z kolejką, która może Was tam wywieść i zwieść – i będzie „po bólu” – jak to mówią. Jest to jak mniemam rozwiązanie łatwe, proste i przyjemne, które nie wymaga żadnego wysiłku (no może poza koniecznością kupienia biletu i w okresie letnim stania godzinami w długich kolejkach, podczas którego nogi faktycznie mogą zaboleć i to nie od chodzenia – jak to w górach zwykle bywa 😛 ). Ja nie uznaję jednak takiego rozwiązania. Dla mnie zdobycie szczytu wiąże się z wejściem na niego na własnych nogach. Nie ma innej opcji.

Niektórym może wydać się to dziwne, ale jak dotąd nasza noga nie stanęła na Kasprowym – aż do pamiętnego 11-go listopada aktualnie trwającego roku 2017 😉 Od ubiegłorocznych wakacji udało się nam być łącznie na 13 tatrzańskich szczytach i przełęczach położonych powyżej 2000 metrów n.p.m. w związku z realizacją Projektu Tatrzańskie Dwutysięczniki. A gdzie w tym wszystkim Kasprowy Wierch ? Był jakoś tak nie „pod ręką” w naszych dotychczasowych wędrówkach. Mięliśmy go w sierpniowych tegorocznych planach związanych z wyjściem na Beskid i Świnicę, ale niestety wyjazd nie wypalił.

Kto czytał ostatni wpis na blogu ten wie, że wybraliśmy się w listopadzie na 3 dni w Tatry Zachodnie. Docelowo naszą pierwszą (w życiu) zimową tatrzańską wyprawą miał być trekking na Nosal i Wielki Kopieniec. Zakładane zimowe szczyty okazały się jednak pierwszego dnia nadzwyczaj jeszcze jesienne. Przyjechaliśmy jakieś 1,5 tygodnia za wcześnie, gdyż po naszym powrocie do domu obficie sypnęło na Podhalu śniegiem :). Skończyło się więc na przyjemnej rozgrzewce przed kolejnym dniem.

W góry zimą było nam jak dotąd nie po drodze. Nie ukrywam, że preferujemy głównie letnie górskie wyprawy stawiając przed sobą coraz to ambitniejsze cele.

1 kwietnia 2017 r. pierwszy raz zetknęliśmy się ze śniegiem na szlaku podczas wyjazdu w Beskid Żywiecki i wejście na Babią Górę.

Jako, że zimowe warunki w Tatrach panują zdecydowanie przez 2/3 roku postanowiliśmy, zacząć stawiać w nich nasze pierwsze kroki. Nie posiadamy na razie całego „usprzętowienia” poza raczkami, ani też zimowego doświadczenia. Szukaliśmy więc pomysłu na stosunkowo łatwy ale widokowy szlak gdzie będziemy mogli zasmakować zimowych krajobrazów. Od zeszłego roku odwiedziliśmy większość miejsc gdzie w zimie jest w miarę bezpiecznie. Ale na ten temat w odrębnym wpisie jeszcze tej zimy ;). Nie chcąc powtarzać przebytych już tras padło na Kasprowy Wierch -no i pomysł wypalił, udało się – było zjawiskowo ! Nie obyło się bez momentów zwątpień i przemyśleń – o czym w dalszej części.

Po tym przydługawym wstępie zapraszam na relację 🙂

Jest 11 listopada 2017 r. Budzik dzwoni po 6:00. Wstajemy i patriotycznie z okna naszego pokoju na kwaterze w Kościelisku podziwiamy nasze polskie (po części) Tatry, m.in. wspaniale prezentujący się w tej zimowej scenerii Giewont. W planach na dziś mamy wyjście na Kasprowy Wierch przez Myślenickie Turnie i zejście do Hali Gąsienicowej – zakładane od początku przyjazdu tutaj. Wychodzę na balkon i czuję przeszywające zimno i wiatr, który zostawił moje włosy w dużym nieładzie i wepchnął mnie niemal z powrotem do pokoju.  Od wczorajszego wieczoru szaleje prognozowany przez synoptyków orkan. Schodzimy na śniadanie do sali kominkowej. Wpatrując się w skakające języki ognia zaczynam wątpić w swoje możliwości. W mojej głowie pojawiają się pytania, które kieruję do Wojtka: – „A może  sobie odpuśćmy na razie ten Kasprowy ? Przy takim wietrze nie wiem czy damy radę wyjść. Tam musi być strasznie zimno. A jeśli nie damy rady ? Nie mamy raków”. Po chwili…  „A może jedźmy do Palenicy i chodźmy zimowym szlakiem do Doliny Pięciu Stawów ?”. Usłyszałam odpowiedź zwrotną „- Ja myślę, że dam radę, chodzi o Ciebie[…] (poczułam się słaba…) Ty zadecyduj”. Po tych słowach kończymy śniadanie, pakujemy do plecaków przygotowane kanapki i termosy z gorącą herbatą. Wojtek uderzył odpowiedzią w moją ambicję :).

Jeszcze wsiadając do samochodu nie wiemy gdzie nas nogi poniosą. Wyjeżdżamy spod kwatery. Patrzę na świetnie widoczny szczyt Kasprowego zasnutego nieco chmurami i wyglądającego jakoś tak…groźnie, ale i pięknie zarazem i po chwili mojego milczenia zapada decyzja. – „Idziemy na Kasprowy. Jedź pod rondo” – powiedziałam. „Jesteś pewna ?” – usłyszałam. „Jestem. Jedź. Zawsze możemy zawrócić ze szlaku jeśli stwierdzimy że nie damy rady”.

Zaplanowana trasa liczy niespełna 14 km a szacowany czas jej przejścia w warunkach letnich to w przybliżeniu 6,5 godziny.

 

Parkujemy tak jak poprzedniego dnia na ul. Bronisława Czecha obok ronda po godzinie 7:00. Po kilku minutach podjeżdżają kolejni turyści dzięki czemu szybko uzbierał się komplet pasażerów łącznie z nami do wywiezienia pod dolną stację kolejki. Wsiadamy do pierwszego z brzegu busa i po chwili jesteśmy w punkcie startu w Kuźnicach. Większość osób, które podjechały z nami wybiera niebieski szlak w kierunku Giewontu przez Kalatówki i Halę Kondratową. Naszą ubiegłoroczną relację z tego szlaku można przeczytać tutaj. Nikt nie kieruje się w stronę Kasprowego Wierchu. Idziemy sami prostopadle do ruchu kolejki. Przed nami łagodna na razie jesienna jeszcze ścieżka. W oddali wznoszą się ośnieżone szczyty, które podziwiamy wędrując wśród płatków prószącego śniegu. Wyłania się między innymi widok na Kasprowy Wierch i Myślenickie Turnie. Przed nami 3 godzinna droga na szczyt.

Początek zielonego szlaku na Kasprowy Wierch – zimy nie widać
Pierwsze kroki na szlaku

Początek szlaku jest bardzo przyjemny i łatwy lecz nieco monotonny. Wędrujemy Doliną Bystrą wzdłuż pięknego potoku, która za Myślenickimi Turniami rozdziela się na Dolinę Gorczykową i Dolinę Suchą Kasprową. Nad nami kursują wagoniki kolejki wywożące turystów na szczyt.

 

Cały czas prószy śnieg, który przykrywa cienką warstwą kamienną ścieżkę. Aż do Myślenickich Turni idziemy półtorej godziny łagodnie pod górę w większości przez las. Im dalej tym szlak przybiera  coraz bardziej zimową kreację.

 

Pierwszy śnieg na szlaku

Śnieg jest twardy i silnie zmrożony, a świeży puch padający od rana zdążył przykryć już warstwę lodu.

Czy ktoś zamawiał zimę ? Przydały by się narty biegowe 😉

Bez opóźnienia czasowego meldujemy się na wysokości 1354 m n.p.m. na Myślenickich Turniach otoczonych lasem. Znajduje się tutaj budynek pośredniej stacji z silnikami napędzającymi kolejkę. Robimy sobie krótką przerwę żeby coś przekąsić.  Witamy się z grupką turystów, którzy zmierzają do tego samego celu co my i również postanowili się nieco wzmocnić. Zaczyna wiać coraz mocniej. Orkan nie daje za wygraną. Ubieramy się cieplej, robimy kilka zdjęć na widoczny stąd Kasprowy Wierch, Giewont, Nosal i Podhale  i ruszamy na szczyt !

Na Myślenickich Turniach – z widokiem na Giewont
Pośrednia stacja kolejki
Widok na Kasprowy z Myślenickich Turni – szczyt zasnuty mgłą
Panorama na Podhale i Nosal z Myślenickich Turni

Mamy za sobą blisko połowę drogi na szczyt. Od tego momentu czeka nas o wiele bardziej męczące podejście. Kolejne pół godziny idziemy po pokrytych śniegiem kamieniach przez las aż do Suchej Czuby. Na razie raczki są zbędne. Im wyżej tym śniegu jest coraz więcej. Szlak jest jednak przetarty więc idzie się całkiem dobrze. Trzymamy się wydeptanej ścieżki ze względu na głębokie zaspy po bokach i opadające zbocza z prawej strony.

Zielonym szlakiem przez las
Śniegu coraz więcej

Dochodzimy do niewielkiego tarasu widokowego w silnie już padającym śniegu. Z tego miejsca doskonale widać schronisko na Polanie Kalatówki, pośrednią stację na Myślenickich Turniach i wyjeżdżającą na szczyt przepełnioną kolejkę. Turyści machają do nas z jej środka myśląc sobie zapewne co to za bałwany idą na szczyt w taką pogodę ;D

Wojtek na tarasie widokowym

 

Turyści w wagoniku kolejki mają nas zapewne  za wariatów 😛
Widok na schronisko na Polanie Kalatówki i pośrednią stację kolejki

Od tego miejsca idziemy aż na sam szczyt zakosami mocno pod górę. Wiatr sukcesywnie zaciera za nami nasze ślady. Chwilowo zniknęły wszelkie nasze nadzieje na lepszą pogodę i widoki. W ciągu kilku minut widoczność stała się zerowa. Wszędzie wokół widzimy jedynie mgłę a przed sobą zaledwie kilka kolejnych metrów szlaku. Rozmawiamy  z mijanymi turystami, zresztą jak zawsze 🙂 Jeden z nich pociesza nas że między godziną 12:00 a 14:00 zgodnie z prognozami ma być okno pogodowe i słońce na szczycie.  Oby :).

Zakładamy raczki żeby uniknąć poślizgnięcia ze względu na coraz większe oblodzone fragmenty szlaku. Stalowe zęby wgryzają się z charakterystycznym dźwiękiem w zmrożony śnieg i lód. Komfort wyjścia jest o niebo lepszy. Mijają nas osoby, które nie są wyposażone w żadne dodatkowe zabezpieczenie. Owszem, można i tak, ale po co ryzykować ? Zadbajcie o bezpieczeństwo na szlaku – bezpieczeństwo ponad wszystko.

Zakosy na szczyt

Poprzez zamieć śnieżną wytrwale do celu…

Podejście samo w sobie dla początkujących osób może okazać się męczące. W końcu musimy wydrapać się na wysokość 1987 m n.p.m. O dziwo my nie odczuwamy jakiegoś większego zmęczenia. Idzie się nam bardzo dobrze. Moje mięśnie nie zdążyły jeszcze „zastać się” po ostatnich dwóch październikowych trekkingach w Pieninach. Jedynym utrudnieniem jest wiatr, który im wyżej tym bardziej staje się uciążliwy. Na twarzy czuję drobinki lodu, które bezlitośnie smagają moje policzki. Darmowy lodowy peeling :p. Wiatr w połączeniu ze śniegiem przerodził się na tej wysokości w zamieć śnieżną, która towarzyszy nam aż do samego szczytu. Osłaniamy się kapturami. Pogoda zmusza mnie w pewnym momencie do schowania aparatu do plecaka. Udało mi się jednak sfotografować to co chciałam. Każdy krok sprawia nam niesamowitą satysfakcję, szczególnie kiedy widzimy już cel naszej wędrówki.

Zaledwie przed samym szczytem pogoda zaczyna się diametralnie zmieniać i to na naszą korzyść. Słońce wyłania się zza gęstej mgły i oświetla wspaniale widoczny z podejścia Pośredni Wierch Gorczykowy i Gorczykową Czubę. Mogłabym tak stać i patrzeć na nie godzinami…

Od lewej: Pośredni Wierch Gorczykowy (1874 m), Gorczykowa Czuba (1913 m) i Suchy Wierch Kondracki (1890 m) w promieniach słońca

Na tym etapie wędrówki jak na dłoni widać kolejne szczyty Tatr Zachodnich. Szlak zielony w swym końcowym odcinku przebiega blisko krawędzi doliny w związku z czym trzeba zachować ostrożność.

To już za nami
Ostatnie metry pod szczytem i ta satysfakcja … nie do opisania 🙂
Obserwatorium z bliższej perspektywy

Na szczycie stajemy po godzinie 12:00 a panoramy hipnotyzują, zresztą wiele nie trzeba mówić – zobaczcie sami i delektujcie się widokami 🙂

Zdobywcy na szczycie 🙂
Panorama w stronę Czerwonych Wierchów
Panorama na Giewont
Panorama na Beskid i Świnicę
Panorama na Tatry Słowackie
Panorama w stronę Kościelca

Poniżej krótki film mojego autorstwa przedstawiający panoramę 360 stopni ze szczytu 🙂

Na szczycie jest bardzo dużo miejsca. Nie brakuje turystów, których tego dnia wywiozła kolejka. Poza obserwatorium meteorologicznym w budynku górnej stacji kolejki znajduje się restauracja gdzie można się ogrzać i zjeść na wysokości prawie 2000 m n.p.m. Wewnątrz znajdziecie również pieczątkę i kasę biletową.

Obserwatorium na szczycie

„Dzwonnica” na szczycie z panoramą, której nie da się opisać słowami

Na szczycie odczuwalna temperatura tego dnia bliska jest 18-tu stopni poniżej zera. Fotografuję więc te wszystkie cuda i schodzimy śmiałym krokiem po dosyć śliskim i stromym zboczu do restauracji, żeby się nieco ogrzać i zjeść nasze ostatnie zapasy z plecaka.

 

Wejście do górnej stacji

 

Grzejemy się 🙂

Na Kasprowym spędzamy około godziny. Przyszła pora na drogę powrotną. Zdecydowaliśmy się zejść na Halę Gąsienicową i wrócić do Kuźnic żółtym szlakiem przez Dolinę Jaworzynki, której jeszcze jak dotąd nie było nam dane odwiedzić (aż do tego dnia).

Wychodzimy z budynku górnej stacji kolejki. Na szczycie jest mnóstwo ludzi, dosłownie są wszędzie. Zresztą restauracja również pęka w szwach mimo iż ceny powalają na kolana.

Otoczenie górnej stacji kolejki

Miałam wielką ochotę wdrapać się na pobliski Beskid na wysokość 2012 m n.p.m. Byłby to wówczas nasz kolejny dwutysięcznik, a zarazem pierwszy zdobyty w warunkach zimowych. Niestety się nie udało ze względu na warunki pogodowe. Dlaczego ?

Ruszamy w kierunku Beskidu. Stawiamy przed sobą kilka kolejnych kroków gdy nagle, niespodziewanie w ciągu kilkunastu sekund uderza w nas z ogromną siłą zamieć śnieżna. Czujemy opór powietrza od strony Hali, który dosłownie zaczyna spychać nas z grani. Aparatem który mam na szyi fotografuję dosłownie w dwóch kadrach jak zerowa staje się widoczność. Turyści w drodze na Beskid zaczynają z niego schodzić. My również się wycofujemy. Nie ma szans ruszyć teraz z miejsca. Aktualna sytuacja pogodowa sprawia, że nie jesteśmy w stanie odnaleźć szlaku na dół. Zastygamy w jednym miejscu czekając na rozwój sytuacji.  Jest po godzinie 13:00. Kolejka kursuje tego dnia do 14:00. Przez moją głowę przemyka myśl o zjeździe do Kuźnic jeżeli warunki się szybko nie poprawią.

Zamieć uderzająca z lewej strony

 

W bezruchu na przełęczy…

Nasza cierpliwość zostaje nagrodzona. Po kilku minutach wiatr nieco słabnie. Wykorzystujemy krótkie okno pogodowe i niczym błyskawica ruszamy żółtym szlakiem, który wiedzie nas dosyć mocno w dół. Szybko tracimy wysokość chowając się w kapturach przed porywistymi  podmuchami wiatru.

Oprócz nas prawie nikt nie zmierza w kierunku Doliny Gąsienicowej. Mijamy za to wiele osób, które dopiero zmierzają na szczyt.

 

Pierwsze metry w dół żółtym szlakiem – widok za nami w stronę Kasprowego Wierchu

Szlak jest zawiany świeżym śniegiem. Nie widać dokładnie którędy przebiega. W wielu miejscach wiatr odsłonił pola lodowe. Bez raczków i kijków zejście byłoby bardzo trudne, a być może nawet nie możliwe. Dzięki nim czujemy się pewnie i śmiało stawiamy przed sobą kolejne kroki. Recenzja naszych raczków znajduje się na blogu i możecie ją przeczytać tutaj.

Po ustaniu zamieci pojawia się śmigłowiec TOPR-u, który długo krąży w okolicach Kościelca i Świnicy. Jeden z turystów nie był przygotowany do warunków zimowych i utknął na Przełęczy Liliowe. Ratownicy wciągają go na pokład. Podczas naszego zejścia śmigłowiec wylatywał na akcję jeszcze dwa razy m.in. do turysty który spadł z Granatów i zatrzymał się cudem na półce skalnej, która uratowała mu życie. Skończyło się  tylko na złamaniach.

Szlak żółty – widok w stronę Doliny Gąsienicowej
Kościelec 2155 m (od lewej) i Zadni Kościelec 2162 m (po prawej) widziany podczas zejścia

Podziwiamy rewelacyjną panoramę na ośnieżone szczyty m.in. Kościelca i Granatów (dwóch z naszych ambitniejszych celów na 2018 r.)

Idziemy pod wyciągiem krzesełkowym. Nie odczuwamy zmęczenia, wręcz przeciwnie idzie się nam całkiem przyjemnie.

 

Wojtek wpatrzony w Żółtą Turnię

Po 30 minutach mijamy skrzyżowanie skąd zielonym szlakiem w ciągu 55 minut można dotrzeć na Przełęcz Liliowe. Po kolejnych 5-ciu minutach marszu stajemy przy kolejnym. Stąd wiedzie szlak czarny na Świnicką Przełęcz. My wędrujemy cały czas szlakiem koloru żółtego i po 20-tu minutach jesteśmy już w Schronisku Murowaniec gdzie wstępujemy na świąteczną 11-listopadową  zupkę pomidorową 😛

Schronisko Morowaniec

Trafiliśmy akurat na porę obiadową. Zdejmujemy raczki i wchodzimy do środka. Schronisko pęka w szwach. Pomimo iż ceny są tu kosmiczne i schabowy z ziemniakami i surówką kosztuje niemal 30 zł to nie brak chętnych do bufetu. Po prawie pół godzinnej posiadówce ruszamy dalej na nasz ostatni etap – do Kuźnic przez Dolinę Jaworzynki. Przechodzimy przez Halę Gąsienicową podziwiając dumnie wznoszący się nad nią Kościelec w zimowej odsłonie.

Mały Kościelec na pierwszym planie, a nad nim pokryty śniegiem Kościelec

 

Panorama z Doliny Gąsienicowej
Żółta Turnia za naszymi plecami

Pół godziny idziemy teraz szlakiem niebieskim aż do Przełęczy Między Kopami. Pierwsze 10-15 minut to lekkie podejście, dalej szlak wiedzie wśród kosodrzewiny łagodną i wygodną płaską ścieżką pokrytą śniegiem z przecudownymi widokami wokół. Wielu turystów zmierza jeszcze na Halę.

Szlak niebieski

Na Przełęczy zbiegają się dwa szlaki wiodące do Kuźnic: żółty przez Dolinę Jaworzynki i niebieski przez Boczań. Wybieramy wariant pierwszy. Jeśli jesteście ciekawi jak przebiega dalszy odcinek szlaku niebieskiego zapraszam do zeszłorocznej sierpniowej relacji z wycieczki nad Czarny Staw Gąsienicowy tutaj.

Czas zejścia do Kuźnic zarówno jednym jak i drugim wariantem jest taki sam i wynosi około 1 godziny.

Przełęcz Między Kopami

 

Szlak wiedzie nas po ośnieżonych kamiennych schodkach cały czas w dół początkowo pośród kosodrzewiny. Raczki są niezwykle pomocne. Na większości kamieni śnieg jest twardy, ubity i śliski. Mamy stąd rewelacyjną panoramę na otulony śniegiem szczyt Giewontu, górujący nad jeszcze jesienną Doliną Jaworzynki. Jesień przeplata się z zimą. Zobaczcie sami – brak słów dla tego piękna. W dole widać lekko oproszoną świeżym śniegiem polanę.

 

Oprószona śniegiem Dolina Jaworzynki widziana z żółtego szlaku wśród jesiennego krajobrazu

Nad nami trzeci raz dzisiejszego dnia przelatuje śmigłowiec TOPR niosąc pomoc kolejnym turystom.

 

Panorama w stronę Nosala i na Skupniów Upłaz (szlak niebieski przez Boczań)

 

Giewont z bliższej perspektywy

Dalej szlak prowadzi stromo w dół w większości lasem.  Mijamy kilka osób, które niestety nie mają z sobą żadnych zabezpieczeń na buty i nie radzą sobie schodząc niemal na tyłku lub trzymając się każdego kamienia wokół. Polak mądry po szkodzie jak to mówią. Zdjęcia z ostatniego odcinka zejścia poniżej.

 

Im bliżej Polany Jaworzynki tym robi się coraz bardziej jesiennie. Wokół wiele drzew nie zrzuciło jeszcze swych złoto brązowych igieł. Możemy podziwiać dwie pory roku równocześnie. Na Polanie znajduje się kilka zabytkowych drewnianych chat, które nadają klimat temu miejscu.

Polana Jaworzynki

 

Polana Jaworzynki

Za Polaną szlak przechodzi w płaski zalesiony obszar którym docieramy do Kuźnic idąc cały czas lekko w dół.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam a trasa na tyle się spodobała, że nie omieszkacie poznać jej osobiście. Życzę wytrwałości na górskich szlakach.

Poniżej standardowo punktacja do książeczki GOT.

 

Do zobaczenia na górskim szlaku 🙂

Edyta

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

You may also like...